Integracja sensoryczna – czym ona tak naprawdę jest?

Fraza “integracja sensoryczna” przewijała się od dłuższego czasu w naszym domu. A to jakieś książki na ten temat, a to rozmowy żony z koleżankami. Nigdy za bardzo się tym nie interesowałem, aż do momentu, gdy w przedszkolu powiedzieli, że mojemu synowi przydałoby się pójść na zajęcia z integracji sensorycznej.

Że co? Mój syn ma chodzić na jakieś terapie? Nic to, jako psycholog powinienem zrozumieć, że to nic strasznego, ale poczucie, że coś poszło nie tak, już w pierwszych 3 latach życia syna było dojmujące. Potem oczywiście przyszła pora na kilka otrzeźwiających myśli, że błędy wychowawcze popełnia się od urodzenia, jak nie jeszcze wcześniej i popełniać się będzie do końca życia i że, generalnie, rodzice nie są od tego, żeby było perfekcyjnie. W końcu nie jesteśmy tylko rodzicami, ale też ludźmi. Po tym zastrzyku logiki ochłonąłem, a żona już nas zapisała na diagnozę w najbliższej poradni SI (od ang. Sensory Integration).

Po dwóch spotkaniach, jednym z nami i drugim z dzieckiem, pani była tak dobra i wysmażyła kilkustronicową diagnozę tego, co jej zdaniem z naszym synem jest nie tak. Już wcześniej przykuła moją uwagę lista zachowań, które wskazują na potencjalne problemy dziecka z integracją sensoryczną: 

  • nie lubi czynności pielęgnacyjnych takich jak: obcinanie włosów czy paznokci, czesanie włosów, mycie twarzy czy zębów, smarowania kremem, itp.
  • unika lub bardzo lubi przytulanie czy kołysanie,
  • nosi ubrania tylko z konkretnych materiałów,
  • preferuje dania papkowate,
  • unika wspinania się lub skakania,
  • ma słabą równowagę: zdarza mu się często potykać czy upadać,
  • nie lubi jeździć samochodem, windami, schodami ruchomymi,
  • przejawia lęk przed upadkiem lub wysokością np. boi się wejść po schodach,
  • jest bardzo ruchliwe i ciężko mu pozostać w jednym miejscu np. wierci się w trakcie jedzenia,
  • podczas zabawy podejmuje niezwykle ryzykowne zachowania np. skacze z dużych wysokości,
  • ma problemy z koncentracją, łatwo się rozprasza,
  • jest impulsywne, nadmiernie wrażliwe na krytykę,
  • jest bojaźliwe, ciche i wycofane,
  • może być agresywne podczas zabaw,
  • często zdarza mu się zapomnieć o rzeczach lub je gubi np. zapomina o zadaniu domowym,
  • długo uczy się nowym umiejętności/ma problem z opanowaniem ich np. jazda na rowerze, pływanie,
  • śpi nieregularnie,
  • często budzi się w nocy,
  • w nowym miejscu czuje się zagubione, potrzebuje sporo czasu, żeby oswoić się z sytuacją i zdobyć orientację,
  • w nowym miejscu bywa agresywne lub płacze nie odrywa się od rodziców,
  • ma trudności w rozpoznawaniu części ciała oraz stron prawa/ lewa: np. podczas gier zespołowych rzuca piłką nie w tym kierunku, w którym trzeba,
  • ma trudności z pisaniem, czytaniem, odwzorowywaniem kształtów, cięciem nożyczkami
  • wymaga pomocy przy czynnościach samoobsługi: ubiera się niezdarnie, powoli, ma problem z zawiązaniem butów czy zapięciem guzików,
  • sprawia wrażenie, że szybko się męczy np. przy nauce,
  • nie lubi karuzeli, huśtawek lub wręcz przeciwnie uwielbia je.

Kto nie odnajdzie swojego dziecka chociażby w kilku punktach z tej listy, to pewnie go po prostu nie ma. Szczególnie interesujący jest ostatni punkt pod tym względem, ale praktycznie wszystkie są sformułowane w na tyle ogólny sposób, żeby rodzic dostrzegł, że jego dziecko ma problem. Trochę tak, jakbyśmy czytali horoskop. Tu już zapaliła mi się lampka ostrzegawcza. 

Kolejna taka lampka zapaliła się po otrzymaniu diagnozy. Po godzinie obserwowania dziecka podczas zabawy i po wywiadzie z nami – rodzicami – dostaliśmy wypracowanie godne artykułu do prasy naukowej wypunktowujące, co konkretnie jest nie tak z dzieckiem. Gdybym był laikiem, to pewnie by mnie to nawet ucieszyło w tym sensie, że w przeciwieństwie do tego, co oferuje psycholog tak postawiona diagnoza jest konkretna, precyzyjnie pokazuje, jakie zajęcia stosować, żeby naprawić nadmierną chęć mojego syna do zabaw na huśtawce i nie trzeba chodzić na więcej zajęć, tylko można odstawić dziecko do “poradni” i czekać na efekty. 

Niestety, psychologia, pomimo wielu prób, nie została nauką ścisłą i, śmiem twierdzić, nią nigdy nie będzie. Zobaczymy. 

W każdym razie, z tak świecącą głową od różnych lampek ostrzegawczych postanowiłem zgłębić temat. Czym jest ta terapia SI? I od razu natrafiłem na pierwszy problem.

Tak wygląda angielska strona wikipedii o SI:
 https://en.wikipedia.org/wiki/Sensory_integration_therapy

A tak, polska: https://pl.wikipedia.org/wiki/Terapia_integracji_sensorycznej

Nie widziałem jeszcze, żeby jeden temat na wikipedii był tak różny w dwóch wersjach językowych, a swoje widziałem. Tutaj cytat z angielskiej wersji:

 A recent review concluded that it is “ineffective and that its theoretical underpinnings and assessment practices are unvalidated.” Moreover the authors warned that these techniques exist “outside the bounds of established evidence-based practice” and that paying for it is “quite possibl[y] a misuse of limited resources.”

W skrócie, teorią w sensie naukowym to SI nie jest, co najwyżej niesprawdzoną hipotezą, która nie znalazła potwierdzenia. Nie warto na to wydawać kasy. 

Na polskiej stronie o terapii SI nie ma słowa o wątpliwościach świata nauki co do zasadności stosowania tej terapii. Ale dowiemy się o historii, metodach i zadowolonych rodzicach. 

Wow! Poczułem się niczym detektyw na tropie jakiegoś międzynarodowego spisku. Czemu ta teoria w Polsce jest tak szalenie popularna? Czemu nikt w polskiej wersji artykułu na wikipedii nie pisze, że przynajmniej są pewne wątpliwości związane ze skutecznością tej terapii? I czemu artykuł o terapii SI, oprócz angielskiej wersji istnieje tylko w 4 innych wersjach (japońskiej, arabskiej, portugalskiej i polskiej właśnie)? Jeśli chodzi o inne języki to, niestety, nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, ale w Polsce popularyzacją SI zajmuje się, uwaga:

Polskie Stowarzyszenie Terapeutów Integracji Sensorycznej – SI. 

Brzmi bardzo profesjonalnie, ale, niestety, nie są w żadnym stopniu związani z Polskim Towarzystwem Psychologicznym. To samo w sobie o niczym jeszcze nie świadczy, ale wywołuje pewną konsternację, gdy uświadomimy sobie, że inne systemy terapeutyczne uznane w świecie nauki mają swoje stowarzyszenia w Polsce i są związane z PTP. Czy ktoś potwierdza skuteczność terapii SI? Na stronie PSTIS można zobaczyć mnóstwo źródeł potwierdzających jej skuteczność, ale są to głównie źródła związane z autorką tej metody – Anną Jean Ayres – albo samym Towarzystwem. 

Tak więc mamy sytuację, gdzie środowisko naukowe w Ameryce odcina się od tej terapii (przypomnę, że powstała ona w Stanach), choć nadal jest ona tam popularna. W Polsce, widać pewne opóźnienie, bo wielu ludziom zależy, żeby nie tracić wiarygodności. Mamy przecież do czynienia z dość potężną siatką placówek, gdzie terapia SI jest główną, a czasem jedyną formą zarobkowania. 

Co na to sami klienci? Rodzice oczywiście, że są w większości zadowoleni, w końcu wydają pieniądze, żeby specjalista – często pedagog albo o wykształceniu pokrewnym – zajął się ich dzieckiem i skupił na nim całą swoją uwagę. Każde dziecko, jak mu dorosły poświęci 100% swojego czasu i pobawi się na całkiem wyszukanych sprzętach do zabaw, będzie wniebowzięte. Tu nie ma absolutnie żadnej sprzeczności. Powiem więcej, po wielu takich zajęciach pewne problemy, które rodzice mieli ze swoim dzieckiem zaczną ulegać poprawie. Tu też nie ma sprzeczności. Dzieci są w ciągłym rozwoju, a problem, który doskwierał w Styczniu już nie będzie taki poważny w Czerwcu. Zadajmy sobie takie pytanie: czy gdyby rodzic poświęcił dziecku 100% swojej uwagi i proaktywnie podszedł do zabaw z nim chociażby kilka razy w tygodniu, to czy by temu dziecku nie było lepiej i czy by nagle nie stawał się bardziej uspołeczniony, poprawniej się wypowiadał, nie bał się huśtawki?  

Gdybym miał być złośliwy, to bym napisał, że w moim odczuciu mamy do czynienia z wyszukaną formą przedszkola na godziny, gdzie specjaliści bawią się z dziećmi na równoważniach, bądź huśtawkach i nazywają to szumnie “terapią integracji sensorycznej”, a dzieciom pomagają w zaburzeniach “czucia głębokiego”. Ale, chyba wolałbym unikać takiego postawienia sprawy, bo jestem przekonany, że wiele osób prowadzących te terapie robi to z pasją, z miłości do dzieci i nie ma grama złych intencji. 

No właśnie, problem leży gdzie indziej. Środowisko naukowe w Polsce nie ma za bardzo narzędzi, żeby walczyć z hipotezami, które nie znajdują potwierdzenia w rzeczywistości. Inną sprawą jest to, że ciężko znaleźć jakiekolwiek artykuły po polsku, które by obnażały w jednoznaczny sposób brak naukowych podstaw terapii SI. Tutaj artykuł po angielsku dla tych, co chcą zgłębić temat. 

Dzieci nie muszą, a wręcz nie powinny umieć wszystkiego w jednakowy sposób w konkretnym wieku. Niektóre są lepsze w tańcu, a inne w zagadkach logicznych. Niektóre mają problem, bo je swędzi metka, a inne nie lubią, jak im się zabierze ulubioną poduszkę.

Dzieci są w ciągłym rozwoju. Nie musimy z tego powodu panikować, ale pochylić się nad nimi i aktywnie towarzyszyć im w przezwyciężaniu swoich wyzwań rozwojowych. Jeśli chcemy opłacić terapeutę, żeby to zrobił za nas…? Może warto się dwa razy zastanowić. 

Jakub Ryniecki

Ukończyłem studia psychologiczne na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz szkołę psychoterapii systemowej prowadzoną przez WTTS w Poznaniu. W terapii z dziećmi wykorzystuję terapię przez zabawę, wykorzystując gry typu RPG. Jestem dwujęzyczny, stworzyłem zajęcia "Gra fabularna RPG po angielsku dla młodzieży". Prowadzę terapię w języku angielskim i polskim.

Dodaj komentarz